15 minut do północy, boję się, boję się jak cholera.
kolejny rok, kolejne porażki, boje sie, że będzie ich więcej, że będę o wiele bardziej sromotne.
boje się, że zawiode najbliższych, boje się, że zawiode samą siebie.
nie ma to sensu, ostatnio mój mózg ogólnie zle funkcjonuje, nieprawidłowo, martwie się o rzeczy, o które nie powinnam się martwić.
chcę ciebie. ciebie i twoją pewność. ale gdzie zniknąłeś? gdzie, o gdzie.
ale tak na prawde nie mogę być niczego pewna, jest to niezdrowe. niczego nie można być pewnym, wszystko jest zmienne. efemeryczność naszego życia jest przytłaczająca. ale trzeba sobie z tym radzić w jakiś sposób, chyba.
30 minut po północy, a ja nie mogę zrozumieć jak szybko to wszystko się stało. jak może z sekundy na sekunde zmienić się coś tak stałego jak rok w drugi rok? jest to niewyobrażalne i smutne. szczególnie, że siedzę tu sama i nie rozumiem za bardzo co tutaj robie.
jedyną osobą, która do mnie zadzwoniła o północy była ida. jedyna. kocham ją za to.
znowu wszystko mi sie pojebało i nic nie ma sensu. nie wiem jak go znaleźć, gdzie.
popełniam najgłupsze błędy. bliska spełnienia jak najszybciej popełniam sabotaż moich marzeń. bo byłoby za dobrze.
to dziwne jak bardzo się boje 2011. takie oficjalne przejście z jednego roku na drugi było dla mnie po prostu śmieszne i bezsensowne. ale kiedy zrobiło się za 15 zaczęłam panikować. jak to, już? taki wspaniały rok nie może się skończyć w pare sekund. i nagle słysze odliczanie z dołu... co już? to niemożliwe, nawet nie zdążyłam spokojnie się namyślić co do zeszłego a tutaj nagle wyskakuje mi nowy rok? jak to możliwe, jezu, to nie ma sensu.
umieram tak bez nikogo. nie mam się komu wypłakać, nie miał mnie kto pocałować o 12. całe moje ciało przeszywa dreszcz od wstrzymywania płaczu, moja oczy samodzielnie wytworzyły pomieszczenia magazynujące moje łzy na później. w końcu rok 2011 trwa aż 365 dni.